Grzegorz Kulik, człowiek niebywałej skromności i niespożytej energii, wraz z doświadczeniem nabiera tłumaczeniowego rozpędu.
Oto parę dni temu zaprezentował Janka Muzykanta Henryka Sienkiewicza w przekładzie na literacki standaryzujący się śląski. Ciekawe są uwagi tłumacza, interesujący dobór stylów oddających gawędę narratora i mowę bohaterów.
Karlus to bōł barzo mało talyntny i jak wiejske dziycioki przi godce z ludźmi palec do gymby wrażoł. Niy ôbiecowali sie ani ludzie, iże sie wychowie, a jeszcze mynij, coby matka mogła doczekać sie z niego pociechy, bo i do roboty bōł nicpotok. Niy wiadōmo, skōnd sie to take ulyngło, ale na jedna rzecz bōł ino przepadzity, to je na granie. Wszyńdzie tyż je słyszoł, a jak ino trocha podrōs, tak już ô niczym inkszym niy myśloł. Szoł, bywało, do boru za gadzinōm abo z dwojokami na jagody, to sie wrōciōł bez jagōd i bebloł:
— Mamulko! Tak coś w borze „grlało”. Ojeje!
A matka na to:
— Zagrōm ci, zagrōm! Niy bōj sie!
Tōż niyroz robiyła mu warzeszo muzyka. Karlus krziczoł, ôbiecowoł, iże już niy bydzie, a taki myśloł, iże tam coś w borze grało… Co? A bo ôn wiedzioł?… Sosny, buki, brzeziok, wilgwy, wszysko grało: cołki bōr, i basta!
Echo tyż… W polu grała mu bulica, w sadku pod chałpōm ćwiyrkały wrōble, aże sie wiśnie trzynsły! Wieczōr suchoł wszyjskich głosōw, jake sōm na wsi, i pewnikym myśloł sie, iże cołko wieś gro. Jak go posłali do roboty, coby gnōj rozciepowoł, to mu nawet wiater groł we widłach.
Ôboczōł go tak roz karbowy stoć ze rozciepanōm szopōm i suchać wiatru we drzewiannych widłach… ôboczōł, chyciōł za rzymiyń i doł mu dobro pamiōntka. Ale na co sie to zdało! Nazywali go ludzie „Jōnek muzykant”!… Na wiosna uciykoł z dōmu kryńcić flyjtki kole strumiynia. Nocami, kej żaby zaczynały rzegotać, krzōnstki na łōnkach krzyńścić, bōnki po rosie brōnczeć; kej kokoty pioły po zopociach, to ôn spać niy mōg, ino suchoł i Bōg jedyn wiy, jake ôn i w tym nawet słyszoł granie… Do kościoła matka niy mogła go brać, bo jak, bywało, zahuczōm ôrgany abo zaśpiywajōm słodkim głosym, to dziecku ôczy tak mgłōm zachodzōm, choby już niy z tego świata patrziły…
Dla przypomnienia — po polsku
Był to chłopak nierozgarnięty bardzo i jak wiejskie dzieciaki przy rozmowie z ludźmi palec do gęby wkładający. Nie obiecywali sobie nawet ludzie, że się wychowa, a jeszcze mniej, żeby matka mogła doczekać się z niego pociechy, bo i do roboty był ladaco. Nie wiadomo, skąd się to takie ulęgło, ale na jedną rzecz był tylko łapczywy, to jest na granie. Wszędzie też je słyszał, a jak tylko trochę podrósł, tak już o niczym innym nie myślał. Pójdzie, bywało, do boru za bydłem albo z dwojakami na jagody, to się wróci bez jagód i mówi szepleniąc:
— Matulu! Tak ci coś w boru „grlało”. Oj! Oj!
A matka na to:
— Zagram ci ja, zagram! Nie bój się!
Jakoż czasem sprawiała mu warząchwią muzykę. Chłopak krzyczał, obiecywał, że już nie będzie, a taki myślał, że tam coś w boru grało... Co? Albo on wiedział?... Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko grało: cały bór, i basta!
Echo też... W polu grała mu bylica, w sadku pod chałupą ćwirkotały wróble, aż się wiśnie trzęsły! Wieczorami słuchiwał wszystkich głosów, jakie są na wsi, i pewno myślał sobie, że cała wieś gra. Jak posłali go do roboty, żeby gnój rozrzucał, to mu nawet wiatr grał w widłach.
Zobaczył go tak raz karbowy, stojącego z rozrzuconą czupryną i słuchającego wiatru w drewnianych widłach... zobaczył i odpasawszy rzemyka dał mu dobrą pamiątkę. Ale na co się to zdało! Nazywali go ludzie „Janko Muzykant”!... Wiosną uciekał z domu kręcić fujarki wedle strugi. Nocami, gdy żaby zaczynały rzechotać, derkacze na łąkach derkotać, bąki po rosie burczyć; gdy koguty piały po zapłociach, to on spać nie mógł, tylko słuchał i Bóg go jeden wie, jakie on i w tym nawet słyszał granie... Do kościoła matka nie mogła go brać, bo jak, bywało, zahuczą organy lub zaśpiewają słodkim głosem, to dziecku oczy tak mgłą zachodzą, jakby już nie z tego świata patrzyły... (Źródło)
Moje zastrzeżenia budzi ćwiyrkały wrōble, ale o tym kiedy indziej.
Całość tekstu Sienkiewicza po śląsku jest TUTAJ. Można od razu posłuchać interpretacji tłumacza:
Po śląsku w Rabce-Zdroju
Już za kilka dni tłumacza będzie można spotkać w Rabce na festiwalu Jemy borówki na polu, podczas którego wiele się mówi o zróżnicowaniu językowego krajobrazu Rzeczypospolitej Polskiej.
W tym roku Rabka jest wszędzie, bo niszowe spotkanie będzie transmitowane online.
Chyba zbyt nudno już było na tym blogu — same optymistyczne wpisy o tym, jak to różne języki in statu nascendi, w tym oczywiście i ten, którego używają zasiedziali mieszkańcy Górnego Śląska, zdobywają nowe przyczółki. A to media, a to tłumaczenia z angielskiego, niemieckiego lub greki. Nie zapominamy też o ciekawych i dużych projektach afirmacyjnych — bardzo dobrym przykładem jest koordynowane przez Pro Loquela Silesiana przedsięwzięcie „Poradzisz? Gŏdej!”.
Filmy i inne działania pokazują i przekonują, że mówienia po śląsku nie należy kojarzyć z prostactwem. Jeszcze do tego wrócimy.
„Dziennik Zachodni” piórem Agaty Pustułki zaalarmował wczoraj, że w Rudzie Śląskiej zakazują gwary (= mówienia po śląsku).
Wywołało to oczywiście komentarze godnościowe (hańba! krzywdzą nas!), jak i żarty, ale odwracające sytuację nadawczo-odbiorczą, czyli przedstawiające bezradność lekarzy (w latach powojennych na pewnych obszarach głównie przyjezdnych) wobec opisujących swoje przypadłości górnośląskich pacjentów, ze szczególnym uwzględnieniem bolŏkōw i kucaniŏ.
Zarządzenie Kierownika Przychodni Specjalistycznej SP ZOZ w Rudzie Śląskiej z 25 listopada 2016 r. nie jest dokumentem nadzwyczajnym.
Niemal w każdej firmie udziela się pracownikom instrukcji, w jaki sposób mają się odnosić do klientów, w tym akurat razie — pacjentów. Nie podaję w wątpliwość istnienia skarg na nieuprzejme zachowanie pracownic i pracowników rejestracji oraz administracji wobec pacjentów. Od tego jednak momentu zaczynają się elementy sporne, które pragnę skomentować, wyjaśnić sobie samemu, a przy okazji może jeszcze ktoś skorzysta. Mianowicie:
— mówienie językiem danego miejsca, regionu, a także językiem ogólnym (w Polsce polskim) z pewnymi regionalnymi elementami, jak fonetyka, intonacja zdaniowa i słownictwo, nie jest samo przez się nieuprzejme;
— zatem wysunięcie jako pierwszego nakazu „zwracamy się w języku polskim, nie stosujemy gwary” może budzić uzasadnione wątpliwości, a także bardziej złożone i emocjonalne reakcje; wiele już godzin przedyskutowano na temat tego, czym jest mowa górnośląska. Na gruncie prawnym (inicjatywy zmiany status quo nie odniosły sukcesu) dialekt śląski (gwara śląska to rozpowszechnione, lecz błędne pojęcie) nie może być przeciwstawiany językowi polskiemu, albowiem uznaje się go za składnik polszczyzny, a Ustawa o języku polskim zaleca szacunek dla gwar. Zakaz „stosowania gwary” nie jest wyrazem szacunku do niej.
Co więcej: o ile się orientuję, naczelną zasadą wszelkich instytucji jest dobre obsługiwanie klientów, stwarzanie atmosfery dla nich komfortowej. Tym bardziej w odniesieniu do ludzi potrzebujących pomocy lekarskiej wydaje mi się, że potencjalne obcesowe, separujące, „przywołujące do porządku”, stygmatyzujące użycie (przez autochtonów podporządkowujących się zarządzeniu) wobec autochtonów języka standardowego w odpowiedzi na zapytanie w regio-/etnolekcie śląskim, byłoby przykładem urzędowej nieuprzejmości.
Przecież współczesna kultura i życie społeczne przynoszą raczej wiele przykładów włączania do praktyki życia społecznego wrażliwości, empatii oraz zakazów dyskryminacji. Powiedzmy wprost: po instytucji takiej jak przychodnia w Rudzie Śląskiej spodziewałbym się raczej umieszczenia naklejek Godōmy po ślōnsku, a nie wytwarzania napięcia w niełatwej dla pacjentów sytuacji, a także w żmudnej i odpowiedzialnej pracy personelu przychodni.
Najgorsze jest pomieszanie pojęć
Najdalszy jestem od włączania się w chóralne okrzyki: biją naszych! Mamy tu do czynienia z powszechną w naszym kraju (i nie tylko) niekompetencją. Wiemy dobrze od czasów badań znanego socjologa medycyny (i królewskiego błazna) Stańczyka, że na leczeniu zna się każdy. To oczywiście żenujące w zestawieniu z profesjonalną sztuką lekarską. Lecz i odwrotnie: dyplom lekarski nie obdarza jego posiadacza kompetencjami językoznawczymi. W artykule zacytowano wypowiedź dr Alicji Gałuszki-Bilińskiej:
— Niektórzy pacjenci nie życzą sobie zwrotów gwarowych. Nie można mówić do kogoś „babciu”, bo to nie jest nasza babcia, tylko ma swoje wnuki. (...) — Nie mam nic przeciwko gwarze, ale nie w kontaktach z pacjentami.
„Babciu” jest niegrzeczne
Nie zgadzam się z utożsamieniem formy „babciu” ze śląską gwarą (rudzką). O ile mi wiadomo, na ‘matkę matki lub ojca’ mówi się po śląsku: babka, starka, ōma. Jeśli do starszych kobiet personel recepcji zwraca się per „babciu”, to jest to naganne, ale na gruncie polszczyzny i polskiej grzeczności językowej. Relacje polski język ogólny — gwara śląska Rudy Śląskiej nie mają tu nic do rzeczy. Takie „babciu” nie jest czułe, lecz protekcjonalne, a to instytucja ochrony zdrowia ma służyć pacjentowi, nie zaś ustawiać go jako mniej ważnego partnera dialogu.
„Czekej pan” i „czekaj pan” są tak samo niegrzeczne
Taki zwrot ma coś wspólnego z górnośląskim systemem językowym. Jest to końcowe -ej w formie trybu rozkazującego. Jednak to nie owo śląskie -ej jest przecież problemem. Cała konstrukcja jest odpowiednikiem ogólnopolskiego „czekaj pan”, które jest niegrzeczne. Tak samo niegrzeczne w wersji polskiej i śląskiej. W XIX wieku była to forma powszechnie stosowana, a dziś jest bardzo potoczna, na pewno nieuprzejma. Poprawnie i grzecznie: „proszę zaczekać”, „zechce pan zaczekać”, „niech pan chwilę poczeka” (niektórzy mają do tego „niech” zastrzeżenia, ale to osobny temat). Takie polsko-śląskie hybrydy są efektem kilkudziesięcioletniego kontaktu językowego.
Mówienie per „wy”
„Wy” to osoba druga, a nie trzecia. Tego uczą w szkole podstawowej. Tak niekompetentna analiza form językowych i zachowań grzecznościowych dokonana w omawianym zarządzeniu naraża twórców i redaktorów dokumentu na kompromitację.
Co więcej: mówienie przez „wy” jest bardzo grzeczne! Jeśli mówimy o cechach wspólnych śląszczyzny z językiem staropolskim (ale też po prostu z innymi językami słowiańskimi), to właśnie pluralis w odniesieniu do osób starszych jest wyrazem szacunku. Wręcz przeciwnie do „czekaj (czekej) pan”, które przywodzi na myśl propozycję „kup pan cegłę” formułowaną wobec nas w ciemnym zaułku. Takie „wy” jest również w użyciu w Małopolsce — byłem świadkiem takich relacji językowych na dość wysokim szczeblu instytucjonalnym. Nie widziałem, żeby tam to kogoś uraziło. Raczej starsze osoby czują się właśnie docenione, traktowane należycie, z szacunkiem i bezpieczne.
Ortografia
Gdybyśmy nie robili błędów, nikt by nam ich nie wytykał. Skoro jednak poucza się pracowników o użyciu właściwych (pożądanych) form językowych, nie powinno się pisać „nie zastosowanie się”, bo to błąd ortograficzny. Poprawna pisownia rzeczowników z nie jest łączna, tj. niezastosowanie się.
Jak grzecznie witać się i żegnać z ludźmi po polsku?
Najprzykrzejsze jest to, że potępia się rzekomą „gwarę”, a jako wzorce zachowań nie proponuje się tradycyjnych polskich przywitań i pożegnań, ale budzące niechęć kalki z angielskiego! Językoznawcy polscy napisali wiele na temat natrętnego kopiowania niepolskich formuł „w czym mogę pomóc” i „miłego dnia”. Miłośnicy polszczyzny raczej powinni dbać o używanie uprzejmych polskich „czym mogę służyć” i neutralnego „do widzenia”. Ktoś, kto wychodzi w gipsie czy z plikiem recept nie ma i nie będzie miał miłego dnia. Nie chodzi jednak o takie udosławnianie, że mówienie „do widzenia” wróżyć ma następną bytność w przychodni.
Grzeczność ma swoje reguły. Jedną z nich jest bycie wyrozumiałym. Gdyby zaistniały jakiekolwiek kłopoty ze zrozumieniem czegokolwiek, zawsze można powtórzyć. A to, że można mieszkać kilkadziesiąt lat w Rudzie Śląskiej i nie „chwytać” lokalnych elementów językowych (typu dochtōr, sztok, bydzie), również wymaga osobnego namysłu. Jednak gdy do czegoś takiego dochodzi, rolą personelu jest spróbować przejść na język pacjenta, a nie gromić go, że nie rozumie po naszymu. Gdyż dobro i dobrostan pacjenta muszą stać na pierwszym miejscu.
Wszelkie inne zalecenia dotyczące kultury zachowania się w miejscu pracy i podczas pracy uważam za w pełni zrozumiałe i uzasadnione. Po co więc było wplątywać do tego „gwarę”?
Media obiegła wieść, że od 22 lipca 2016 r. ślōnskŏ gŏdka / ślōnsko godka / dialekt śląski / gwara śląska — jest na oficjalnej liście języków, których można używać na Facebooku. Tak, tak to zwykle wyglądało. Polskie media nie używają raczej pojęcia język śląski.
Bezwzględnie jest to pozytywna wiadomość. Istotne również było, że to tłumaczenie w znacznej mierze dokonało się „społecznościowo”, że wiele osób poświęciło swój czas, by ten projekt realizować.
Najważniejszy jest sam wydźwięk tego wydarzenia. Łączy się on z zasygnalizowanym na wstępie pojęciowym rozchwianiem, które dotyczy ortografii, gramatyki i doboru słownictwa w obrębie samej górnośląskiej wspólnoty komunikacyjnej oraz — co wielu działaniom dodaje energii lub ją odbiera, czyli braku uznania przez odpowiednie struktury państwowe w Polsce. Uznanie gwary za język to nie ciekawostka, lecz zjawisko, które powinno wywołać rezonans także w świecie nauki i edukacji.
Tłumaczenie bardzo dużej ilości specyficznie ujętego słownictwa, częściowo technicznego, częściowo dotyczącego życia społecznego, reakcji, emocji itd. to ważny krok do standaryzacji stylistycznej kształtującego swoje nowe style i obszary użycia języka (górno)śląskiego. Jeśli przeważą innowacje, wyrównanie analogiczne, jeśli masa krytyczna różnic w stosunku do tradycyjnego terytorialnego śląskiego idiomu zostanie przekroczona, być może trzeba będzie mówić o języku nowogórnośląskim. W każdym razie o jego użyciu i kształcie zdecydowali jego użytkownicy. Sposób istnienia i normalizacji rysuje się nieco ambiwalentnie, ale chciałbym tu wyrazić ostrożny optymizm.
Ciekawe, czy da się sprawdzić, ile osób przełączyło menu Facebooka na śląski. To może być bardzo ciekawa informacja.
Na językowe analizy tłumaczeń i krytyki oraz pochwały poszczególnych rozwiązań przyjdzie czas. Dziś raczej warto świętować. Zatem: Mŏm to rŏd i beztōż: Przaja tymu.
Wiek osiemnasty zakończył ważny etap w rozwoju ewangelickiego piśmiennictwa na Śląsku. Kiedy władze pruskie wydały szereg zarządzeń służących przyspieszonemu germanizowaniu ludności Górnego Śląska, w obronie Polaków i języka polskiego wystąpili pastor tarnogórski Johann Wilhelm Pohle (1725-1801) oraz pastor hołdunowsko-pszczyński Johann Samuel Richter (1764-1838).
Johann Wilhelm Pohle (1742–1801) – ewangelicki pastor z Tarnowskich Gór, pisarz, obrońca Górnoślązaków.
Czy fałszywy jest wniosek, iż gdy miasta te budowano, język polski był na Śląsku językiem regionalnym? Czy nie można by z większymi pozorami uprawnienia czynić zarzuty Dolnoślązakowi za jego język niemiecki, niż czyni się to Górnoślązakowi z powodu jego języka polskiego? Tak wiele ignorancji wykazują wasi agitatorzy, którzy was tak głośno łają. To, co ganią, godne jest chwalenia.
Doprawdy, godny pożałowania jest naród, z którego się szydzi z powodu jego języka ojczystego, którego przecież nie zawinił, i to przez ludzi, którym brakuje wszystkiego, by móc orzekać prawdziwie i rzetelnie.
Źródło: z broszury Der Oberschlesier verteidigt gegen seine Widersacher, 1791.
Jakimże jest język tuziemczy na Śląsku? Niemiecki przecież chyba nie?
Po znaczącym nazwaniu miast i wsi w danym kraju rozpoznaje się przecież bez wątpliwości, jakim był powszechny język gdy je budowano. Co znaczy Glogau, Bunzlau, Wohlau, Jauer, Breslau, Brieg po niemiecku? W języku polskim natomiast wszystko to ma swoje znaczenie!
Okazuje się, że Wikipedia i prof. G. Szewczyk podają różne daty życia autora cytatów: odpowiednio (1742–1801) i (1725-1801). Nie umiem także odnaleźć wzmiankowanej broszury Der Oberschlesier verteidigt gegen seine Widersacher, 1791. Miłośnicy przeszłości Tarnowskich Gór piszą, że był proboszczem od roku 1757 i że w 1780 założył cmentarz ewangelicki, który za rządów obchodzącej hucznie tysiąclecie państwa polskiego ekipy Władysława Gomułki zlikwidowano.
W materiałach do historii religii ewangelickiej Gottlieba Fuchsa (1776) znajdujemy o nim następującą wzmiankę:
Pochodził zatem z powiatu oleśnicko-bierutowskiego (nie sprawdziłem, czy to jest precyzyjne określenie). Pracował od 1752 r. w Gołkowicach (obecnie gm. Byczyna, pow. Kluczbork), a następnie był kaznodzieją polsko- i niemieckojęzycznym w Toszeckiem i Bytomskiem oraz Tarnowskich Górach.
Te dane pochodzą jednak sprzed 1791 roku, kiedy to miała się ukazać owa broszura widmo.
Cytuje z niej (?) Jan Goczoł w artykule zamieszczonym z pracy zbiorowej „Wach auf mein Herz und denke!” - Zur Geschichte der Beziehungen zwischen Schlesien und Berlin-Brandenburg — „Przebudź się, serce moje, i pomyśl" - Przyczynek do historii stosunków między Śląskiem a Berlinem-Brandenburgią:
Wenn ich sage, daß die Mundart der ansässigen Oberschlesier mindestens seit zweihundert Jahren (d.h. vor allem seit der Einnahme Schlesiens durch das Königreich Preußen) als hinterfragbar präsent ist, dann denke ich z.B. an eine sehr interessante und in ihrem Inhalt denkwürdige Broschüre des deutschen Pastors Johann Wilhelm Pohle aus Breslau, die dieser im Jahre 1791 unter dem Titel "Der Oberschlesier", verteidigt gegen seine Widersacher veröffentlichte. Es muß also schon damals genügend Gründe - einerseits emotionaler und politischer wie andererseits bestimmt auch wissenschaftlicher und gesellschaftlich-kultureller Art - gegeben haben, um einen Geistlichen, einen ohne Zweifel gebildeten, nachdenklichen Mann, zu folgenden Formulierungen geneigt zu machen:
"Welches ist denn die einheimische Sprache in Schlesien? Die Deutsche doch wohl nicht? An der bedeutenden Benennung der Städte und Dörfer eines Landes erkennt man doch wohl unzweifelhaft, welche Sprache bei ihrer Erbauung die allgemeine war. Was heißt Glogau, Buntzlau, Wohlau, Jauer, Breslau, Brieg wohl auf deutsch? Aber im Polnischen ist alles bedeutend! Ist unwahr geschloßen, daß als man diese Städte erbaute, die polnische Sprache in Schlesien die Landessprache war? Könnte man nicht mit mehrern Scheine des Rechtes dem Niederschlesier Vorwürfe wegen dem Deutschen machen, als man sie dem Oberschlesier wegen dem Polnischen macht? So viel Unwissenheit verrathen eure Aufklärer, die euch so laut schelten. Das, was sie tadeln, ist zu loben. Wahrlich, ein Volk ist zu beklagen, wenn es wegen seiner Muttersprache, an welcher es doch ganz unschuldig ist, ausgehöhnet wird, und dies von Menschen, denen es an allem fehlt, um wahr und gründlich urtheilen zu können".
Przed II wojną światową ks. Jerzy Kahané w „Ewangeliku Górnośląskim” (R. 5: 1936, nr 44, s. 366) cytował pastora Pohlego:
Przychodzę, kochani rodacy, do największej zbrodni naszej, a nią jest to, że mówicie po polsku, a do tego źle po polsku. Któż to najgłośniej utrzymuje? Ci, co tego języka nie rozumieją, a więc też o nim sądzić nie mogą. Śmiesznem jest, gdy się czyta, że na Śląsku Dolnym, gdzie wiadomo, prosty chłop bardzo marną gada niemczyzną, robią nam zarzut, iż źle po polsku mówimy. Nie ulega żadnej wątpliwości, że Górnoślązak o wiele lepiej mówi po polsku, aniżeli Dolnoślązak po niemiecku. A dlaczego nareszcie Górnoślązak nie miałby mówić po polsku? Czyżby z większą słusznością nie wypadało Dolnoślązakom zarzucić, iż się zniemczyli, aniżeli Górnoślązakom, iż są Polakami?
Ks. Kahané mógł cytować za ks. Emilem Szramkiem, który w Entgegnung des „Towarzystwo Oświaty na Śląsku imienia św. Jacka” auf die Ausführungen des Herrn Kultusministers Dr. Schmidt betreffend das sog. Wasserpolnisch in Oberschlesien.
Na s. 6 broszury z 1918 czytamy:
„Der Oberschlesier, verteidigt gegen seine Widersacher" von Pastor Pohle in Tarnowitz, oder „Schummel’s Reise durch Schlesien im Julius und August 1791", welch letztere gleichfalls mit einer glänzenden Apologie Oberschlesiens abschliesst. Der Hauptvorwurf wandte sich stets gegen die polnische Sprache. Schreibt doch Pastor Pohle: „Ich komme nun, meine lieben Landsleute zu eurem Hauptverbrechen, und das ist, ihr sprecht polnisch, und noch obendrein schlecht polnisch. Wer sagt denn das am lautesten? Diejenigen, die die Sprache nicht verstehen, davon also nicht urteilen können... Es ist possierlich zu lesen, dass man uns in Niederschlesien, wo bekanntlich der Landmann sehr elend deutsch redet, den Vorwurf macht, der Oberschlesier spreche schlecht polnisch. Es ist unbezweifelt gewiss, dass der Oberschlesier besser polnisch spricht, als der Niederschlesier deutsch: und warum soll den nun endlich der Oberschlesier nicht polnisch reden? Hindert denn etwa das Polnisch-sprechen das Klug-werden?" (S.15/16).
Błogosławiony (męczennik) ks. Szramek podaje stronę, więc mógł książkę mieć w ręce. Są cytaty, a poza tym sporo znaków zapytania. A może całość tej broszury pastora z końca XVIII wieku jednak gdzieś jest do obejrzenia?
W 1804 po raz pierwszy chyba użył anonimowy autor E.G.H. nazwy plattpolnisch w odniesieniu do języka Górnoślązaków (Der hoch- und plattpolnische Reisegefaehrte fuer einen reisenden Deutschen nach Suedpreussen und Oberschlesien). Później termin ten nie był zbyt często używany, ale jako określenie odmiany „bardziej różnej” niż typowe dialekty terytorialne pojawiał się jeszcze w XIX wieku.
Oto przykład z dzieła Schneidera (1857): Handbuch der Erdbeschreibung und Staatenkunde in ihrer Verbindung mit Natur- und Menschenkunde: Die specielle, politische und Kultur-Erdkunde. 1. Europa. A. Die europäisch-germanischen Staaten [tom 1, wydanie 2]
Niewątpliwie rzecz jest warta dalszego, systematycznego zbadania, bez uprzedzeń i nazywania choćby wasserpolnisch określeniem prześmiewczym. W dziele geograficzno-statystycznym chyba nie.
Zmarły w 1975 roku Antoni Spyra opracował szereg opowiadań napisanych barwną gwarą. Jego
"Kaliwodzino", "Węglarz" czy "Siemianowickie lynie", a także niektóre utwory poetyckie cechuje lapidarność i autentyzm. Niewiele wiemy o "Piłotku", ludowym pisarzu z Łąki zmarłym po wojnie.
Spyra Aleksander, 1981, Kultura ludowa regionu pszczyńskiego, Tow. Miłośników Ziemi Pszczyńskiej, Pszczyna, [s. 121].
Artykuł promocyjny. Przy okazji informacja, że nie wolno było przez 50 lat --- (1939-1989) czy (1948-1998)? --- mówić po śląsku: ------------------------------------ [...] „- Dla Ślązaków ta muzyka to powrót do korzeni, to dźwięki dzieciństwa i rodzinnych spotkań - mówi Jan Musialik, producent i organizator Gali. - Po 50 latach zakazu używania gwary śląskiej przed dziesięciu laty wszystko wybuchło na nowo.” [...] Ostatnio wielką popularność zdobyły piosenki "Cukiernik”, jak również "Lady Anita” - zaśpiewana w śląskiej gwarze i zabarwiona szczyptą regionalnego humoru - które podbiły serca wielu Ślązaków. [...] ------------------------------------ http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080724/REGION/49966296
Tadeusz Reger, osiadłszy w Cieszynie, od I-go lipca 1897 r. zaczął wydawać „Równość", którą drukowano w 1500 egzemplarzach. Propaganda szła coraz raźniej, chociaż Krakowianie napotykali w niej znaczne trudności. Warunki bowiem prawne na Śląsku były odmienne, niż w Galicji, a przytem niezawsze można było zrozumiećgwarę ludową śląską lub „ohydny żargon czesko-polski”, którym mówili górnicy. „Po upływie 6 lat — pisze Banita w styczniowym „Przedświcie” 1899 r. — nie tyle my nauczyliśmy się tych żargonów, ile raczej nauczyliśmy ludzi rozumieć, a nawet mówić czysto i poprawnie po polsku”. Jak gorliwą była propaganda w księstwie Cieszyńskim, możemy to widzieć ze sprawozdania Tadeusza Regera na zjeździe partji socjalistycznej w 1899 roku. W cjągu roku odbyło się tam 74 zgromadzeń ludowych, 1,200 zawodowych, 600 poufnych.
Limanowski Bolesław, 1921, Odrodzenie Narodowości, s. 51.